«

»

Paź 05

Wydrukuj to Wpis

Ostatnia podróż…

5.00 avg. rating (99% score) - 1 vote

smutek2Jestem zła…
Zaskoczona, zawiedziona…. ale przede wszystkim zła.
Ja rozumiem wszystko, ale… tak się nie odchodzi…., nie umiera. Nie może umierać w śpiączce, wspomagany przez maszyny ktoś, kto pewnym krokiem szedł przez życie, kto się go nie bał, kto swoją postawą pokazywał rodzinie, przyjaciołom, znajomym i wszystkim wokół, że życie jest po to, by go przeżyć aktywnie, z ciekawością kolejnego dnia, godnie i z podniesionym czołem!!  Dzisiaj o świcie odszedł moj wieloletni Przyjaciel… człowiek, który po śmierci mojego ojca, w jakiejś cześci mi go zastąpił. Nie raz się starliśmy, nie raz się poróżniliśmy… miał w sobie stanowczość, ale i opiekuńczość…
***
Musiało minąć 9 dni bym mogła pisać dalej…
Złość już minęła… łzy wypłynęły… serce nie boli… oddech wrócił miarowy…
Nie spodziewałam się, że aż tak zaboli mnie odejście tego człowieka. Nie był mi rodziną, nie był wujem, stryjem, kuzynem, ale był mi bliski… był mi Przyjacielem i wielokrotnie się o tym przekonałam.
Kiedy rodzina i znajomi trzymali kciuki za jego wyzdrowienie, ja wiedziałam, że źle się to dla niego skończy… tuż przed wiadomością, że Krzysztof jest w szpitalu, miałam sen… niezwykle mnie niepokojący… widziałam stypę, budynek ze schodami, stoły i poustawiane w rząd krzesła… czuło się panujący tam smutek…
Za niedługo dowiedziałam się o tym, że zasłabł i karetka przewiozła go do szpitala. Odwiedziłam go… czułam taką potrzebę… córka moja narysowała mu laurkę z kwiatami… lubił ją bardzo, ucieszyła go ta niespodzianka…
– Widzisz Beti co się zadziało… no co poradzisz…. – usłyszałam zaraz po przywitaniu.
– Człowieku, co Ty wyprawiasz? – zapytałam przekornie… wiedziałam, że zrozumie, że to żart.
Dzień przed operacją na bajpasy zadzwonił do mnie…
– Beti… mam cykora… no ale mówią tutaj, że nie ma już wyjścia…
– Będzie dobrze… teraz o siebie trzeba zawalczyć, najwyższy czas – jedynie tyle mogłam powiedzieć… no bo przecież nie mogłam zasiewać w nim wątpliwości. Alternatywy nie miał… serce słabło coraz bardziej…
Można by powiedzieć, że zajechał swoje serce bez wymiany oleju… a tak dbał o swoje auta, kochal je… ale o swoim sercu zapomniał 🙁

***

2 dni temu pożegnaliśmy Krzysztofa… nie wybudził się ze śpiączki po operacji, która miała uratować mu życie.
Kiedy się dowiedziałam, poczułam się jak oszustka… przecież zapewniałam go, że będzie ok!
Miał 62 lata… mógł jeszcze pożyć, tak jak lubił… pracując od lat w swojej ulubionej elektrycznej branży, spotykając się z rodziną i przyjaciółmi i podróżując po świecie, a to lubił bardzo… co roku jechał w miesięczną podróż w jakieś dalekie strony, później po powrocie wieczorami całymi snuł opowieści, na temat tego co widział, czego doświadczył, jak wygląda tam zwyczajne normalne życie.

Ostatnia tegoroczna jego podroż była do Meksyku… nie zdąrzył nam już opowiedzieć o tym co widział, czego doświadczył. Ale pamiętam jego opowieści o Emiratach Arabskich, o Hong-Kongu, o Chinach, o Rosji, o Arabii Saudyjskiej, o USA… nie wspomnę o innych europejskich krajach, które zaliczyl niemal wszystkie. Chciał więcej… dalej… udało mu się to w dużej mierze… to fakt.
13 lat temu dzięki jego inicjatywie, pojechaliśmy na 2 auta do Czarnogóry… miejsca jeszcze niemal dziewiczego turystycznie, teraz się to zmieniło. Ale wówczas… wówczas czuło się jeszcze w powietrzu zapach prochu po wojnie, a ziemia miała kolor czerwony…
Bałam się… bo to moja pierwsza tak daleka podróż autem i to w charakterze kierowcy, ale… wiedziałam, że mogę mu zaufać, że zna europejskie trasy, że nie pobłądzę, a zobaczę kawałek świata, poczuję inne zapachy, poczuję na skórze inne słońce, zobaczę inne niebo, inne budowle i inną roślinność. I kiedy w Splicie, w ogrodzie przydomowym zobaczyłam palmę…. po prostu się rozpłakałam ze wzruszenia, bo nigdy wcześniej nie widziałam palmy w realu.
I choć wtedy tamta podróż była dla mnie niebywale męcząca… bo to 6 dni od świtu do zmierzchu  w obie strony, to jednak te 2 tygodnie pobytu w Czarnogórze, zwiedzania, doświadczania, wspominam z wielkim sentymentem i wiem, że wszystko co zobaczyłam i przeżyłam, to dzięki Krzysztofowi i jego wierze we mnie, że dam sobie radę za kółkiem jadąc przez poł Europy. Odżyły wspomnienia…

Pożegnaliśmy człowieka ciepłego, radosnego, rodzinnego, przyjacielskiego, z wielkim poczuciem humoru, nieustającą ciekawością, ale i wielką pokorą do świata.

Śmierć jego była dla wielu szokiem… był bardzo aktywnym i lubianym człowiekiem, nie zadzierającym nosa, ale mającym swoje zasady, jak każdy o stanowczej i twardej osobowości…., ale kiedy już się do nich przywykło, dawały one oparcie i poczucie bezpieczeństwa.
Jak sięgnę pamięcią, nie przypominam sobie, bym znała kogoś podobnego.
Był to człowiek naprawdę wyjątkowy w tych czasach… unikat w swoim rodzaju…, wywołujący dość skrajne emocje, u mnie dość często, bo był facetem mającym swoje zdanie i nie lubił dyskutanctwa i polemiki… mówiliśmy o nim „Szeryf”…
Nadal nie mogę się pogodzić z tym, że pisze o nim w czasie przeszłym.

***

I tak jak w moim śnie… stały rzędy krzeseł… długie stoły… ludzie w czerni siedzieli obok siebie… do budynku prowadziły schody…
Odszedł bez cierpienia… we śnie… choć tej podróży nie planowal jeszcze… 

Caliente

 

 

  • Facebook
  • Twitter
  • Blogger.com
  • Google Bookmarks
  • Live
  • LinkedIn
  • Wykop
  • Gadu-Gadu Live
  • Śledzik
  • Kciuk.pl
  • Dodaj do ulubionych
  • email

Permalink do tego artykułu: http://icaliente.pl/zycie/ostatnia-podroz/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *