«

»

Wrz 20

Wydrukuj to Wpis

Przyszło NOWE…

5.00 avg. rating (99% score) - 1 vote

Trochę się znowu ociągałam z pisaniem, hmm… dość usilnie szukam teraz dla siebie wytłumaczenia, no i mam! znalazłam, otóż… chyba długo szukałam stanu RÓWNOWAGI. Ale faktem jest również to, że pomalutku już do niego się zbliżam… coś tak czuję…

(…)

Nieopodal chrapie mój nowy pies – kolejny bokser, córka śpi po dniu pełnym wrażeń, a ja… ja jestem w miejscu najbardziej przeze mnie ukochanym – w Karwii.

Kilka godzin w aucie przejechanych dość wygodną już trasą E7 i… dojechałam nad Bałtyk, do mojej ulubionej  Karwii. Jak zwykle o tej porze roku, miasteczko się już wyludniło, plaża opustoszała, zamykają się pierwsze stragany.  Przyjeżdżam tak tutaj już od 3 lat i bardzo to sobie chwalę, gdyż dopiero poza sezonem (lub bezpośrednio przed nim) można odetchnąć od zgiełku miasta, odpocząć w ciszy i spokoju, skupić się na wdychaniu jodu z wiejącej morskiej bryzy i wsłuchać się w niezakłócony niczym szum rozbijających się o brzeg morza fal.

Czy kiedykolwiek słyszeliście jak ono pięknie rytmicznie oddycha? Jak ono żyje? Jak szumi donośnie niestrudzenie – chwila za chwilą, dzień za dniem, rok w rok… ono było, jest i będzie… i to fascynuje mnie w nim najbardziej, stałość istnienia, bo wszystko się zmienia, ludzie odchodzą z naszego życia, a ono… jest, zawsze w tym samym miejscu i choćby nie wiem co się wokół nas działo, zawsze tam możemy jechać i wyrzucić z siebie swoje troski, nerwy, stresy, kłopoty, żale i tęsknoty. Bałtyk jest dla mnie synonimem rodzinnego domu, którego już nie mam, który gdzieś już majaczy w przeszłości, gdzie można było pojechać i poczuć się bezpiecznie. W tej chwili takim Domem jest dla mnie Bałtyk.

(…)

Tegoroczny pobyt w „mojej” Karwii był dla mnie wyjątkowy. Pojechałam z nowym psem, który uczył się mojego głosu, mojego kroku, mojego towarzystwa, mojej osoby. On uczył się mnie… ja uczyłam się jego. Towarzyszyła nam moja córka, która również musiała się przyzwyczaić do naszego nowego towarzysza podróży i naszego życia… To nie był zwykły wyjazd wakacyjno-wypoczynkowy, powiedziałabym raczej, że był to bardziej wyjazd szkoleniowo-kondycyjny, ale… daliśmy radę –  wszyscy. Pies nabrał kondycji, muskulatury i szaleństwem leśno-plażowym zniwelował stres zmiany właściciela, córka zbliżyła się do niego , odnajdując w nim kolegę do szaleństwa, acz głaskania i przytulania nie było końca, a ja… ja zobaczyłam jak działa ta machina nasza na wyjeździe, dostrzegłam to nad czym muszę pracować, ale i oswoiłam się z NOWYM – nową sylwetką psa, nowym imieniem, nowym spojrzeniem, nowym brzmieniem szczeku, nowymi reakcjami córki, nowymi sytuacjami w terenie, nowym zachowaniem względem mnie. TO wszystko łatwiej było mi przyjąć i przetrawić TAM, gdzie mój mózg się resetuje, gdzie bodźce zewnętrze mnie wspierają i podbudowują, gdzie czuję się dobrze i bezpiecznie.

Pobyt w Karwii jak wspomniałam wcześniej był niezwykły, więc jak się można domyślić, nie było plażowania, wylegiwania, skwierczenia w słonku nadmorskim…, nie żebym tego nie lubiła, ale… nie teraz…  nie tym razem… teraz było wszystko inaczej i to mnie cieszyło niezmiernie!

Były spacery kilka razy dziennie, leśne po górkach tłumnie sosną porośniętych, w ciszy i spokoju, ze świerszczem jedynie w tle, by za chwilę przenieść się za wydmy, gdzie szaleje granat Bałtyku. Ale najbardziej zapadną mi w pamięć spacery nocą, kiedy księżyc na południu świecił pełną mocą, rozświetlając ciemność jasnym jakby jarzeniowym światłem i rzucał na piasek długi wyraźny cień naszych sylwetek, a na zachodzie długo na niebie utrzymywały się czerwono- fioletowe łuny, by po jakimś czasie, świat wokół stawał się czarno-biały, kolory dawały odpocząć oczom, jakby bardziej przygasały, zamierały, wchodziły w zupełnie inne tonacje, brunatno, szaro – bure, a jedynym jasnym akcentem była szeroka, długa i pusta plaża. Te chwile były tak nierealne, wśród scenerii jakby z innego świata, szum spienionych na biało fal w tle, bezchmurne rozgwieżdżone niebo, gdzie co rusz pojawiało się żółte ciepłe światełko tak modnych w tym sezonie lampionów szczęścia puszczanych co rusz w niebo.

W takiej to scenerii córka biegała po świeżo wygładzonych przez wiatr piaszczystych wydmach, robiąc piaszczyste „śnieżne Anioły”, a pies biegał, obwąchiwał ją tak leżącą i wracał i znowu, i znowu, i znowu…

Tak… to był wyjazd wyjątkowy i takim pozostanie w mojej pamięci, nowe sytuacje, nowe bodźce, nowe wyzwania, nowe reakcje, nowe a niekiedy już dawno zapomniane uczucia … Bo Życie to zmiany… i to jedyne co się nigdy nie zmieni…

I tak się zaczyna kolejny – nowy etap mojego życia…

 

Caliente

  • Facebook
  • Twitter
  • Blogger.com
  • Google Bookmarks
  • Live
  • LinkedIn
  • Wykop
  • Gadu-Gadu Live
  • Śledzik
  • Kciuk.pl
  • Dodaj do ulubionych
  • email

Permalink do tego artykułu: http://icaliente.pl/podroze-2/przyszlo-nowe/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *