«

»

Lut 05

Wydrukuj to Wpis

Sobotnia kolęda

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Sobota… dzień gospodarczy jak to się u mnie w domu mawiało (lub jak inni mawiają – dzień „techniki wojskowej”) – znaczy sprzątanie, porządkowanie, zakupy większe…, no takie tam, każdy z Was wie przecież. I powiem szczerze, że i owszem – narobiłam się dzisiaj jak wół roboczy! A czemuż to ?? No bo alarm od rana skoro świt, że „ksiądz chodzi”, tłumaczyć Wam z pewnością nie muszę nic. No właśnie…
Jest tylko jeden szkopuł… . Narobiłam się, nasprzątałam jak na święta, scenerię z rekwizytami przygotowałam jak trzeba, o kopercie nie zapominając i… mamy godzinę 21:00 i … nic. Księdza jak nie było tak nie ma.
Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że… mój dom stoi na początku ulicy i jeśli ksiądz zaczyna od numeru 2, to u mnie pod 4 jest po chwili. Jeśli natomiast zaczyna od końca, czyli od numeru 88… no to wiadomo… cały dzień się wyczekuje i nic nie można załatwić na mieście – trzeba warować. Z pewnością znacie bardzo dobrze specyfikę tych odwiedzin, od lat nic się nie zmieniło. Tak było za czasów mojego dzieciństwa, tak jest i dzisiaj. No kiedyś… to było jeszcze gorzej, bo ksiądz przepytywał nas – dziatwę – z pacierza, sprawdzał zeszyty z religii a rodzicom rok w rok zadawał wciąż to samo wkurzające ich pytanie: Dlaczego nie mają ślubu kościelnego?? Tak więc jak się domyślacie, wizyty te do miłych nie należały, bo ojciec pokornie próbował się tłumaczyć, ale mama dostawała nerwa i tłumaczyć się nie miała zamiaru przed nikim, a przed księdzem to w szczególności! Ale ja się niczemu już nie dziwię… tym bardziej, że wnikliwość i nachalność co niektórych księży nie zmieniła się nic a nic. Widocznie to taka moja tradycja rodzinna trafiać na takich plebanów, no chyba, że tak są szkoleni specjalistycznie, na wykładach „Jak z góry patrzeć na maluczkiego człowieczka i jak umiejętnie i skutecznie wprawiać go w konsternację, zakłopotanie i poczucie winy, zadając kłopotliwe pytania”.
Żeby od razu nie było, że jestem nazbyt tendencyjna…, choć sama przed sobą się przyznam, że w tym temacie… to i owszem…, nawet chętnie – ale przyznaję, kilku „ludzkich” i „normalnych” księży poznałam w życiu swoim, ale jakoś się tak złożyło, że zadowolenie społeczne z tychże nie szło w parze z zadowoleniem odgórnym, więc … jak się można łatwo domyślić, długo miejsca w swoich parafiach macierzystych nie zagrzali.

Ale wracając do kolędy duszpasterskiej… Po rozmowie z sąsiadami i przeanalizowaniu faktów, stwierdzam, że ksiądz świadomie i celowo pominął mój dom, a przyczyną tego działania mogło być to, że nie wpłaciłam na konto parafii darowizny, co czyniłam corocznie, okazując księdzu na kolędzie wydruk z konta! W tym roku zrobiłam to dopiero w lutym, więc… mojego nazwiska na liście osób wpłacających coroczne myto za zeszły rok, po prostu nie ma. W zeszłym roku w czasie kolędowania wyjechałam, przyjąć księdza więc nie mogłam i jestem pewna, że to również miało wpływ na dzisiejszą absencję księdza w moim domu. I  oto cała tajemnica.

Jeśli teraz pomyśleliście sobie, że przesadzam i wpadam w paranoję…, już wyjaśniam, że otóż nie…, gdyż tajemnicą Poliszynela jest fakt istnienia „czarnej listy” parafian, którzy uchylają się od płacenia myta, nie przyjmują księdza czy zadają w trakcie kolędy niewygodne pytania na temat parafii, a w szczególności proboszcza! Mnie samej w trakcie rozmowy w kancelarii parafialnej, przed chrztem mojej córki, zacytowano moje własne słowa z którejś tam wizyty duszpasterskiej. Mina z jaką ksiądz odczytywał mi te słowa mówiła wiele…

Czy się tym martwię? Hmm… no cóż… mieszkam w jakiejś określonej społeczności, dziwnie czuję się wiedząc, że ksiądz zapukał do moich sąsiadów, jednych, drugich, trzecich… i dalej…, a do mnie nie. Córka czekała na jego przyjście i… nie doczekała się. Ale wiem jedno – osamotniona nie jestem. Od czasu zawitania nowego proboszcza kilka lat temu tak właśnie wyglądają wizyty duszpasterskie w parafii. Jeśli dawałeś na budowę kościoła (a księża zbierali datki osobiście od parafian, co miesiąc pukając do drzwi), miałeś zapewnione wszystkie posługi bezproblemowo, łącznie z kolęda duszpasterską. Kiedy pobudowano kościół, zaczęło się zbieranie na jego wykończenie. By nie być zaskakiwaną przez wikarych na tygodniu, zdeklarowałam wpłaty przelewem na konto parafii i w ten sposób przekazywałam jakąś kwotę na budowę, później na wykańczanie. Inni też tak rozwiązali ten problem, godząc się wspomagać kościół, dla świętego spokoju, bo jak widać po mnie… nie ma wpłaty – nie ma poświęcenia domu kropidłem.
Nie ma sentymentów, biznes is biznes.
Tak się zastanawiam… czy to normalne? Może powinnam poddać się tej „hegemonii” parafialnej jak większość owieczek?

Hmm… ech życie…, widocznie bunt odziedziczyłam po mamie... niechybnie…
Caliente

  • Facebook
  • Twitter
  • Blogger.com
  • Google Bookmarks
  • Live
  • LinkedIn
  • Wykop
  • Gadu-Gadu Live
  • Śledzik
  • Kciuk.pl
  • Dodaj do ulubionych
  • email

Permalink do tego artykułu: http://icaliente.pl/day-by-day/sobotnia-koleda/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *