«

»

Gru 07

Wydrukuj to Wpis

Droga do Opla…

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Jestem moto-maniaczką. Tak,  mogę tak siebie określić. Bardzo lubię samochody nie tylko jako środek lokomocji, ale jako przedmioty wywołujące u mnie wyjątkowo miłe doznania, ten ich kształt, kolor, szybkość, odgłos silnika, zapach… . Gdybym mogła, miałabym ich kilka – powód? Po prostu je kocham…, od dachu po koła, lubię nimi jeździć, lubię je słyszeć, lubię na nie patrzeć – jak coś wpadnie mi w oko, potrafię stanąć i podążać  wzrokiem dotąd, aż go nie stracę z pola widzenia 🙂
Moją absolutną fascynację samochodami tłumaczę genami – mój śp. ojciec był kierowcą mechanikiem, ale nie jakimś tam z „bożej łaski”, tylko prawdziwym mechanikiem z zamiłowania. Pracował w serwisie Fabryki Samochodów Ciężarowych STAR i był z tego powodu naprawdę szczęśliwy. Dawno nie widziałam tak zadowolonego z pracy człowieka. Dość że był świetnym fachowcem szanowanym w fabryce i w mieście, to jeszcze swoją wiedzą służył na wielu delegacjach za granicami Polski – objeździł więc Europę (w komunie przypominam), od północy po południe, a nawet i Afrykę, gdyż STAR-y szły jak świeże bułki jako zamówienie armii libijskiej czy angolańskiej np.
Tak więc… w wolnych chwilach, kiedy inne dzieci bawiły się z ojcami w gry planszowe, ja i mój brat słuchaliśmy o budowie silnika STAR-a 244, a ŻUK-iem jeździliśmy w szoferce i uczyliśmy się zależności między brzmieniem silnika a zmianą biegów 🙂


Kiedy zaczęłam dorosłe życie, poszłam na kurs prawa jazdy. Zdecydowałam się na jazdy z instruktorem Nauki Jazdy, teorii uczyłam się eksternistycznie. Jeździłam Fiatem 126p, żółtym, czystym, dobrze zadbanym i utrzymanym… . Na tyle mi się spodobał ten samochód, że… nie czekając na egzamin końcowy, kupiłam dokładnie „takiego samego” Malucha. Różnił się on tylko jedynie tym, że mój miał lekko większy luz w kierownicy, mniej opornie wciskały mu się pedały i… miał chromowane dodatki, takie oryginalne fiatowskie z Włoch! Trafił mi się więc egzemplarz w bardzo dobrej kondycji, bez żadnych niespodzianek czy ukrytych wad. A egzamin na Prawo Jazdy…? No tak… zdałam…, a jakże! Przecież miałam już tyle godzin przejechanych po mieście i autkiem instruktora, jak i moim, gdzieś tam po polnych drogach, haha, nie mogłam się doczekać kiedy będę mogła legalnie odpalić silnik i przemieszczać się z miejsca na miejsce, hmm.. 😉
Kiedy wspominam ten czas… łza mi się w oku kręci, bo… to maleństwo było takie ciasne, takie zimne w środku  i oporne do zagrzania, takie głośne, że po 100km człowiek miał dość, a jednak…. jeździliśmy nim całą rodziną 2+1+pies boxer i sprawiało nam to wielką frajdę 🙂


Kiedy byliśmy już na tyle „wygnieceni” w Maluchu…, trafiła się okazja kupić coś większego – Ford Escord 1.1 czerwony 3-drzwiowy z I-szej  ręki od znajomego. Decyzja trudna nie była – kupujemy.  Kiedy wsiadłam do naszego 10-letniego „nowego” fordzika, byłam zaszokowana ilością miejsca wewnątrz! To było dopiero szaleństwo! Szerokie siedzenia, wygodne oparcia, schowek zamykany!! Już nie wspomnę o wbudowanym radiu i … bagażniku!!!! 😀 Czuliśmy się wyjątkowo komfortowo, a żeby w pełni cieszyć się ładnym autkiem i dać mu świeży wygląd i pazura, jakiego miał zapewne w czasach nowości, niedługo po zakupie oddałam go w ręce lakiernika. Byłam pewna, że po „niewielkim” liftingu lakieru będzie piękny, tak jak tylko Escort być potrafi. Po około 3 tygodniach, odebrałam … CACKO!! Błyszczące, o wspaniałej głębokiej czerwieni z katalogu Porsche!! Byłam wprost zakochana w tym samochodzie, nie mogłam się nim najeździć i napatrzeć na niego, śnił mi się po nocach, a kiedy stał pod oknem… rzucałam w jego kierunku spojrzenie pełne miłości 😀 Taak… kochałam go szczerze… i nawet nie przeszkadzało mi, że miał swoje mankamenty „wieku starczego” w postaci przegrzewania się silnika po długiej podróży, gotowania się płynu chłodzącego w warszawskich korkach czy gaśnięcia silnika na światłach, na wskutek znacznych wahań w obrotach, w najmniej oczekiwanym i odpowiednim do tego momencie. Ale miał dwie niezaprzeczalne zalety : 1. był przepięknie czerwony jak nowiutkie Porsche i 2. ze świateł zawsze wyrywał pierwszy, jak przystało na Samochód Roku ’81 i zwycięzcę WRC ’81( 51KM!! i przedni napęd) – to się czuło w trakcie ruszania. Kiedy go sprzedawałam… płakałam….


Radość moja i fascynacja Fordem trwała kilka dobrych lat, aż w końcu… zapadła decyzja… – zero sentymentów, trzeba mieć samochód niezawodny, który nie będzie taką skarbonką. Padło na ekonomicznego, oszczędnego i nad wyraz ascetycznego… Fiata Cinquecento. Granatowy, nie wywołujący we mnie żadnych emocji głębszych, z namiastką bagażnika, twardymi siedzeniami w pasiastą niezwykle „fantazyjną” tapicerkę. Miał jednak wielką zaletę, którą odczuwaliśmy przynajmniej 3 lata, mianowicie – był NOWY!! Był to mój pierwszy nowy samochód, którego odebrałam z salonu z folią na siedzeniach, zapachem fabryki i… przebiegiem 000012km 🙂  Tego się nie zapomina – byłam tak przejęta, kiedy dostałam do niego kluczyki, że zapomniałam jak się go uruchamia.  Ale to wszystko nie przysłoniło mi myśli nadrzędnej – nadszedł czas zaciskania pasa.
Nasz „cienki” jeździł dzielnie i dość bezawaryjnie, nie licząc nagłej kąpieli w głębokiej kałuży na drodze dojazdowej do placu budowy. Miał dopiero 2 tygodnie, pachniał jeszcze nowością i nawet okruszka na wykładzinie nie miał, aż tu nagle… bul bul bul… , zaczął się zanurzać lewym kołem, aż ponad błotnik. Kiedy poczułam, że autko się przechyla i… nabiera wody!! czułam się jak na Titanicu… . Uratowały nas ręce pracowników z budowy, bo przecież ugrzęzłabym tam na dobre. Nasz mały „granacik” skończył niezbyt szczęśliwie, bo… został skradziony. Kto się połasił na 5-letniego już wówczas „cienkiego”, tego nie wiem, ale istnieje prawdopodobieństwo, że „poszedł” na części 🙁

Zostałam bez samochodu… . Byłam przybita i przygnębiona. Decyzja zapadła w miarę szybko… kupujemy samochód odpowiadający naszym potrzebom, koniec z ugniataniem się warstwowo w trakcie wsiadania i podróżowania, ludzie do środka, pies do bagażnika! Zaczęły się poszukiwania TEGO samochodu… Moje oko zawiesiło spojrzenie na… Oplu Astrze… kombi…, hmm… może to jest to? Był duży, 5-drzwiowy, przestronny, z bagażnikiem wymarzonym, fajną małą kierownicą, zestawem 9 głośników!, no i… ciepło mruczącym silnikiem Diesla 1.7 DTI…, to było to!!  Znowu poczułam niezmąconą niczym radość z prowadzenia auta. Gdybym wiedziała wówczas jak bardzo ten Opel wpłynie na moją estetykę i spojrzenie na samochody, ech…  . Nasza Astra zapoczątkowała nowy rozdział w mojej pasji motoryzacyjnej, czas wielu podróży i fascynujących przeżyć 🙂

I o tym niebawem…

Caliente


 


  • Facebook
  • Twitter
  • Blogger.com
  • Google Bookmarks
  • Live
  • LinkedIn
  • Wykop
  • Gadu-Gadu Live
  • Śledzik
  • Kciuk.pl
  • Dodaj do ulubionych
  • email

Permalink do tego artykułu: http://icaliente.pl/auto-moto/droga-do-opla/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *